Głupie zabawy z dzieciństwa
Głupie zabawy z dzieciństwa
Chowanego – uczta dla dziećmi, polegająca na wypatrywaniu się nawzajem na ustalonym wcześniej terenie. Jedną z powiększonych kategoryj tej zabawy są podchody.
Istnieją modyfikacje tej frajdy - jednakże fundamentalna jej klasa zawierzy na tym, iż jedna figura (czyli ekipa jednostki) zawoaluje oczy natomiast odlicza, w tym czasie reszta podmiotów fety ma za zlecenie pakować się przed szukającym. Kiedy figura nuże policzyła rży głośno credo gonię żeby było słychać to głośno w promieniu podobnego obrębu. Triumfuje ta postać, jaka pozostała znaleziona najpóźniej. Osoba znaleziona jako pierwsza - staje się szukającym w następnej rundzie.
Jedna z przeróbki tej zabawy zawierzy na tym, ze gracz jaki wypatruje ma prawidło odliczać w powołanym miejscu które istnieje tzw.: klupanką. Klupanka istnieje położeniem przy jakim gracze chowający się mogą się "zaklepać". "Zaklepanie" polega na dotknięciu klupanki: mówiąc: "Za siebie" co by konotowało, ze gracz nuże nie będzie zabiegać w kolejnej rundzie natomiast "wygrał z szukającym". Gracz szukający jeżeli znalazł jakąś jednostkę w zabawie musi zaklepać ja w ów sam sposób, ale zamiast tamtego creda musi głośno wypowiedzieć imię znalezionej figury. Takie reguły zmieniają strategie uciechy natomiast doprowadzają do owego, ze gracz musi zwiedzać jednostkę na tyle dobrze, żeby zdołała już znać kto owe właściwie istnieje.
Istnieją modyfikacje tej frajdy - jednakże fundamentalna jej klasa zawierzy na tym, iż jedna figura (czyli ekipa jednostki) zawoaluje oczy natomiast odlicza, w tym czasie reszta podmiotów fety ma za zlecenie pakować się przed szukającym. Kiedy figura nuże policzyła rży głośno credo gonię żeby było słychać to głośno w promieniu podobnego obrębu. Triumfuje ta postać, jaka pozostała znaleziona najpóźniej. Osoba znaleziona jako pierwsza - staje się szukającym w następnej rundzie.
Jedna z przeróbki tej zabawy zawierzy na tym, ze gracz jaki wypatruje ma prawidło odliczać w powołanym miejscu które istnieje tzw.: klupanką. Klupanka istnieje położeniem przy jakim gracze chowający się mogą się "zaklepać". "Zaklepanie" polega na dotknięciu klupanki: mówiąc: "Za siebie" co by konotowało, ze gracz nuże nie będzie zabiegać w kolejnej rundzie natomiast "wygrał z szukającym". Gracz szukający jeżeli znalazł jakąś jednostkę w zabawie musi zaklepać ja w ów sam sposób, ale zamiast tamtego creda musi głośno wypowiedzieć imię znalezionej figury. Takie reguły zmieniają strategie uciechy natomiast doprowadzają do owego, ze gracz musi zwiedzać jednostkę na tyle dobrze, żeby zdołała już znać kto owe właściwie istnieje.
Jedną z naszych ulubionych gier, gdy cała rodzina zjeżdżała się na święta i wszyscy kuzyni i kuzynki stawiali się w komplecie, była zabawa "w lampę": siadaliśmy wszyscy w kółeczku na dywanie w zamkniętym pokoju, światło musiało być zgaszone. Jedna osoba zostawała "lampą" - dumnym operatorem lampki nocnej. Zaczynała opowiadanie historii, obfitującej w mnóstwo drastycznych szczegółów, krwi, wieszania za język, tajemniczych zniknięć, czasami nawet morderstw. Wątek kontynuowała osoba z lewej strony i tak po kolei, każdy kuzyn i kuzynka z kółeczka musieli dodać zdanie od siebie. Mile widziany był czarny humor, wplatanie w fabułę anegdotki osób kuzynów, jednak niedopuszczalne było śmianie się w głos - historia powinna być opowiedziana poważnym tonem, lekko przerażającym młodszych uczestników zabawy. I jeszcze jeden ważny szczegół: opowiadanie musiało być tak skonstruowane, żeby nie wiadomo było, kto popełnił niegodny czyn. Gdy kolejka zatoczyła koło (lub dwa, przy dłuższych historiach), dzierżyciel lampy wypowiadał ostatnie zdanie opowiadania i dodawał formułkę typu: "a tego, kto to zrobił, wskaże... LAMPA!". Na to hasło wszyscy obecni zamykali oczy, a człowiek-lampa toczył światłem ze swojego sprzętu po zebranych, prześwietlając im twarze. Wybierał jedną osobę, zatrzymując na jej buźce światło i triumfalnym głosem obwieszczając jej imię. Wtedy wszyscy otwierali oczy i następowała chwila odprężenia i śmiechu, gdy winny odkrywał przed pozostałymi wymyślone na poczekaniu motywy swojej "zbrodni". W następnej kolejce to on zostawał lampą i zaczynał opowiadać nową historię.
Szukaliśmy długich i dosyć grubych patyków, które były zakończone łyżkowatym kształtem. U mnie na podwórku nie było trudno o taki. Drugi składnik - psia kupa. Nabieraliśmy kupę na kijek i cisnęliśmy w okna sąsiadów... Ta mina starszych kobiet gdy się zorientowały, że to nie było zwykłe błoto. Ta zabawa tak szybko się nie skończyła, później rzucaliśmy się kupą nawzajem. Do tej pory brzydzę się sam sobą, że ta zabawa mi się podobała. Kiedyś na działce u dziadków bardzo lubiłem się bawić w takim zagajniku, który stał na środku pustej łąki. Parę wielkich drzew a w środku stara szopa. Moim marzeniem było wejść na najwyższe drzewo z tego lasku. Po parudniowych próbach w końcu się udało. Poleciałem szybko po wujka, żeby mu pokazać, że umiem. Poczułem się taki kozak, że aż musiałem koszulkę ściągnąć i pokazać moje muskuły. Wchodziłem na drzewo obejmując konar i wspinając się powoli ku górze aż tu nagle - pstryk! - gałązka pod jedną nogą się ułamała, a ja gołym ciałem zjechałem 3 metry w dół, ocierając się o korę drzewa. Płacz, ból i wszystko było nie do zniesienia, mój wujek odparł - zdrapałeś tylko lakier, nie bój się. Auć.
Osiedlowa droga. Podział na dwie ekipy: celników i przemytników. Celnicy ustawiali się w jednym miejscu na "rogatce", gdzie mieli za zadanie "trzepać" przejeżdżających na rowerach przemytników w poszukiwaniu narkotyków. Narkotykami były zawinięte liście z drzew albo trawa (ta zwykła, prosto z trawnika). Kto dobrze potrafił ukryć w rowerze ten przejeżdżał. Oczywiście, żeby nie było za łatwo, były różne strategie - jeden przewozi, reszta to "statyści" żeby uśpić czujność celników itd. Jak komuś udawało się przejechać, to w bezpiecznej odległości, tak ze 20 m, za granicą wyjmował, co było schowane i machał tym do celników - ci łapali za rowery i rzucali się w pościg. Nie mogli jednak wszyscy opuścić stanowiska, bo inni by mogli przejechać z większą ilością towaru niepostrzeżenie... Zabawa nam się nie znudziła przez dobre kilka lat. Wojny osiedlowe. Metoda podjazdowa, rzucanie kasztanami w dzieciaki z innego osiedla, wojna była "podjazdowa", a więc podjechać ekipą na rowerach, obrzucać kasztanami i w nogi. Raz jedni atakowali, raz drudzy - no i dodajmy, że braliśmy to na śmiertelnie poważnie. Zabawa się skończyła, gdy ktoś opluł kogoś z naszego osiedla, a my zamiast kasztanów wzięliśmy w ruch kamienie i jeden z chłopaków dostał lecącym otoczakiem w głowę, przewrócił się i stracił przytomność... Oczywiście uciekliśmy, na szczęście na drugi dzień widzieliśmy tego samego chłopaka jak znów ganiał po podwórku, więc nic większego się chyba nie stało. Jedna osoba ciągnie rowerem drugą osobę na rolkach, rozpędzając się do niebotycznych prędkości na drodze osiedlowej. Zabawa się skończyła, gdy kolega gwałtownie skręcił rowerem tuż przed nadjeżdżającym samochodem, a ja jadąc na rolkach (oczywiście bez kasku) przestraszyłem się i przewróciłem do tyłu, mocno wywalając głową w beton. Na szczęście samochód się zatrzymał i mnie nie rozjechał. Skończyło się czterema szwami na głowie.